fbpx

Uwolnić karpia

karp w galarecieJedna z ważniejszych lekcji świątecznych – żywy karp w wannie pływający sobie spokojnie (?) od około 20 grudnia do czasu spotkania ze smutnym losem, patelnią i garnkiem. Lekcja cenna, bo uczy, że to żywe stworzenie. Pływające, ruszające okiem, potrzebujące przestrzeni do życia. Lekcja, która uczy, że człowiek jest zabójcą i to żywe migające życia ostatecznie ląduje w moim brzuchu. Lekcja cenna, bo uczy, że skoro już zabijamy – powinniśmy robić to z szacunkiem.

O karpiu miałam nic nie pisać. Powodów jest kilka. Przede wszystkim chyba byłaby to z mojej strony hipokryzja, bo tak, kocham karpia w galarecie (o czym za chwilę).

Po drugie, bo w temacie w zasadzie nie ma nic do dodania. Ludzi dzieli się na tych, którzy za nic karpia nie ruszą walczą z niesprawiedliwością próbując go uwolnić, na tych, którzy biorą rybkę za skrzela walą pałką i sprzedają wygłodniałemu tłumowi i wreszcie na tych, którzy jedzą smażone dzwonka nie zastanawiając się specjalnie czy to chyba-ryba, chyba-kotlet czy chyba-nie wiadomo co. Są jeszcze tacy, którzy za bardzo nie wiedzą co począć z tematem. Nie jeść karpika? zamiast sprzątać dom latać na wiece? Kupić martwego i udawać, że taki był od urodzenia?

Miałam nie pisać, ale muszę.

Stojąc w koszmarnie długiej kolejce do stoiska z karpiem i śledziem pooglądałam “to” z bliska. Postawiłam się w roli karpia. I tak pan podchodzi do mnie z wielkim sitem. Przeżywam kilka chwil poza wodą. Pan wsadza dwa tłuste paluchy między moje skrzela, a po chwili wrzuca do wody, bo, jak się okazuje, jestem za wielki. 2 kg to już nie, takie jak ja “biorą pod wieczór, kiedy nie ma wyboru”. Pływam zatem dalej w tej misce, wokół moi towarzysze (niedoli), nieco krwi (paluchy mnie poraniły), a najgorsze, że wokół unosi się kilka śniętych braci…

Wiecie, odechciało mi się karpia. Zachciało mi się nawet płakać.

Nigdy nie kupuję żywych karpi, nie mogę patrzeć na ich ból. Często mam wrażenie, że wędliny i kotlety możemy jeść tylko dlatego, że nie obcujemy sami bezpośrednio z umierającym zwierzęciem. Ilu z nas byłoby w stanie je zabić osobiście (jak to zresztą było jeszcze nie tak dawno temu)?

Chyba jednak mi bliżej do wege.

Było miejsce na szacunek, czas na powrót do tej kontrowersyjnej tradycji i kilka trików na  karpia w galarecie. Przede wszystkim wywar rybny musi być treściwy i aromatyczny – wszak to cała tajemnica dobrej galarety. Im więcej rybich głów tym lepiej, nie ma sensu bowiem dodatkowo faszerować potrawy żelatyną wieprzową. Warto dodać do wywaru sporo korzenia pietruszki, cebuli, marchewek i czosnku – świetnie balansuje smak.  Konieczne dodatki do galarety: nać pietruszki, rodzynki, obrane ze skóry migdały, plastry marchwi. Powiem szczerze, że mistrzynią jest akurat moja mama. Na święta biorę od niej dwa duże półmiski z rybą i jem je przez kilka kolejnych dni. Ajjj ślinka mi cieknie 🙂

I na koniec ciekawostka, tym razem jako gorzka refleksja. Wiecie, że część amerykańskich dzieci nie wie, z czego zrobione są frytki?  Mam nadzieję, że nasze ryby i kotlety są dla nas niekoniecznie niczym więcej jak kawałkiem mięcha pasącym się na łące.

 

Wesołych Świąt zatem

i smacznego karpia.

Jagoda

 

Zostaw komentarz