fbpx

Quo vadis, food?

Trudne pytanie. Właściwie rzeczowników o drogę pytać nie wypada, w tym jednak wypadku postawione pytanie to raczej wątpliwość, obawa i powód do głębokiej zadumy.

A wszystko zaczęło się od wielkopowierzchniowego sklepu. Ostatnio wędrując alejkami jakiegoś marketu tak sobie pomyślałam – jak tak popatrzeć na dzisiejsze sklepy, rynki – żywność i dobrobyt jak okiem sięgnąć. No nie? Potem przyszło pytanie: ile produktów z tego marketu de facto nadaje się do jedzenia?   Nawet nie dla mnie, istoty bardzo wybrednej, znającej chemiczne niusanse etykiet, tylko tak, o prostu – ile jest dobrego jedzenia w jedzeniu? No niby dużo, niby eko itd, ale… Wiecie, doszłam do wniosku, że pozory jednak są niezmiernie mylące..

Czasami zastanawiam się też jak będą wyglądały możliwości zakupowe moich dzieci, jak będą wyglądały ich nawyki żywieniowe. Ja jestem po części wychowana na cielaku i mleku ze wsi, na jajach od gospodyni i chlebie z wiejskiej piekarni z 1 cm masła na wierzchu. Tych smaków nigdy nie zapomnę – a moje dzieci pewnie nigdy nie poznają. Ale zaraz, zaraz, czy aby na pewno…? Gdy ja byłam mała w maluchu jechało się po powyższe z miasta Łodzi. Dziś eko rolnicy mają strony www, i na facebooku, grupy i kooperatywy, dostawy pod dom kilka dni w tygodniu. Więc o ile z głaskaniem cielaków może być trudno, o tyle z samą dostępnością produktów może niekoniecznie. Dalej idąc jest oczywiste pytanie o wartości odżywcze jedzenia. Nawet tego najlepszego, najbardziej eko.

Jakoś tak w meandrze tych pytań niczym nowy nurt przypłynęło do mnie 7 grzechów głównych żywności:
  1. Wysoka wartość „foodmile“ – żywnościokilometra.
  2. Wszechobecne wypełniacze nieodżywcze.
  3. Ubożejące i niemierzone ilości witamin, mikroelementów, makroelementów.
  4. Toksyny, pestycydy, mikrowłókna, woski, obecność GMO właściwie wszędzie.
  5. Nasze własne poczucie racjonalności pokarmowej.
  6. Wpływ na środowisko.
  7. Realna potrzebność danego produktu.

Ufff tyle mi wyszło. Ciekawa jestem czy coś byście dodali. Tak lekko rozwijając:

  1. Żywnościokilometry: im dalej tym gorzej: wciąż na półkach jest mnóstwo żywności z odległych miejsc. Zimą ciągniemy zamorskie i odległe pomidory, papryki, o bananach nie wspominając.
  2. Wypełniacze czyli wszelkie zagęstniki, gumy, maltodekstryny i takie tam. Odpowiedź rynku na nasze poczucie estetyki wizualnej i smakowej posiłków.
  3. Ziemia robi się coraz bardziej jałowa, niestety ale wielkopowierzchniowe uprawy, monokultury niszczą ją w szybkim tempie. Ziemia nie ma czasu na odpoczynek, regenerację. Eko hodowla czyni jeszcze więcej szkód niż ta tradycyjna (bo zwierzęta produkują jeszcze więcej toksycznych odchodów, zużywają o wiele więcej wody, powierzchni itp).
  4. Temat rzeka. Wiecie, że resztki glifosatu, roundupu są nawet w wacikach kosmetycznych? Miodzie? Jak się na nie nie narażać…? Nie wiem, naprawdę!
  5. Czyli to, ile jemy. Zazwyczaj po prostu za dużo.
  6. Poza samą glebą – transport, powietrze, śmieci, no nie ma takiego obszaru życia, którego nie niszczymy bezsensowną konsumpcją. A im więcej w jedzeniu składników tym gorzej.
  7. No właśnie mnóstwo produktów nie jest potrzebnych. Nawet zdrowe eko produkty z wysokimi wartościami żywnościokilometrów, jak choćby tapioka, nawet kurczę, ryż…! O czipsach i innych „nielegalsach“ nie wspomnę 🙂

Dużo tego, aż się smutno robi gdzie się sami zapędzamy.

Ech. Oddech.

I tak też dla odmiany, wewnętrznej równowagi i dobrego samopoczucia tak sobie trochę postanowiłam powyobrażać i pobuszować w mojej wyobraźni szukając odpowiedzi na pytanie: gdzie zmierzamy…? I czy tam gdzie możemy zmierzać jest ciut weselej? Do rzeczy…

Co możemy zrobić na drodze do lepszego podejścia do jedzenia:
  1. Zdecydowanie zmniejszyć spożycie, właściwie wszystkiego. Konsumować to, co nam jest potrzebne i nic więcej. Najlepiej pochodzącego z bliska.
  2. Niezwykle cieszy mnie rosnąca potrzeba samowystarczalności, balkonowe uprawy, naprawianie gleby w najbliższym otoczeniu, potrzeba weganizmu i wegetarianizmu.
  3. Spożycie takich organizmów, które ze względu na swój krótki żywot nie mają czasu na akumulowane toksyn. Więc… przed nami możliwość zwiększenia spożycia, organizmów jednokomórkowych, wielokomórkowych, – głównie rolnictwo morskie (glony, algi itp.).
  4. Spożywanie pokarmów łatwiej przyswajalnych, aby więcej z tego co jemy faktycznie przysłużyło się naszemu zdrowiu.
  5. Dbanie o zdolności antyoksydacyjne i odtruwające organizmu- dla naszego zdrowia.
  6. I wreszcie poszukiwanie takich polskich „superfoodsów“, których uprawa nie wymaga urodzajnej gleby i jest łatwa, a plon – wysokoodżywczy. Doskonałym przykładem jest konopia siewna, która wraca do łask, ma dużo białka, jej uprawa poprawia strukturę gleby, susz z kwiatków jest dobry na ból głowy, a ze słomy można i budować i palić (a jest co palić, bo roślina rośnie jak szalona!). Nie wspominając co można z tej roślinki w odpowiednich warunkach wyekstrahować…

I proszę, jak optymistycznie się zrobiło. Prawdziwa lepsza strona talerza. Talerza przyszłości.

Nie wiem oczywiście czy cokolwiek z tego się zrealizuje. Patrząc na trendy, jak wychowywane jest kolejne pokolenie, jak wzrasta nasza świadomość… może się uda. Może nie. Jedno jest pewnie – musimy próbować, bo z tego wielkiego konsumpcjonizmu jesteśmy blisko pożarcia nawet własnego ogona.

Pozdrawiam Was

Jagoda

Zostaw komentarz