fbpx

Poszukiwanie oka w rosole

 

oko w rosole

Zupa. Temat trudny.  Rosół. Jeszcze trudniejszy.

To może pytanie na początek, pytanie-zagadka. Które z poniższych twierdzeń jest Ci znane?

1. Zupą się nie można najeść.

2. Zupa to nie obiad.

3. Bo zupa była za słona.

4. Rosół to słona woda.

5. Mhm, zupa, a gdzie drugie?

Znane? Jeśli na przynajmniej 3 pytania odpowiedziałeś, drogi Czytelniku twierdząco, to znaczy, że Twoje otoczenie lub Ty sam żyjesz w zupowej fatamorganie i czas na pobudkę.

Babciny rosołek na przeziębienie, ku pokrzepieniu serc i na rozgrzanie. Ja zupę kojarzę tak. Na tym posiłku, zwanym pierwszym daniem się wychowałam, najadałam i chętnie na tą zupę czekałam. Bynajmniej nie bez powodu. W moim domu był to synonim wielkiego bogactwa zanurzonego w aromatycznej cieczy. Oczywiście, dobrą, pożywną zupę trzeba umieć zrobić, a jak się okazuje nie jest to takie proste. Na początek “na tapecie” rosół.

Co wrzucić do garnka? Ano, kawał kury/świnki/krówki. Marchewkę, selera, pietruszkę, pora, sól, pieprz, przyprawę typu wegeta (dla koloru rzecz jasna), ziele angielskie , liść laurowy  i bach na ogień. Niech się “popichci” z półtorej godziny, do tego trochę makaronu i wcinamy. Za dwie trzy godziny w brzuchu znowu burczy, ale czy to ważne…?

Nie, nie, nie.

Więc co dodawać? Powiem Wam jak ja to widzę.

1. Mięso: można, ale nie zawsze. Wywary warzywne są genialne (zwłaszcza do kremów), a mięso nie jest niezbędne w diecie codziennie. I do tego nie każde. Do zupy trzeba wrzucać mięsa z dużą ilością tkanki łącznej, podroby bogate w różne związaki chemiczne, a także takie przysmaki jak np. kurze łapki czy szyje drobiowe, płuca, serca i wątróbki.

2. Warzywa: oprócz typowej włoszczyzny: kapusta (biała lub fioletowa, spory kawałek), papryka (może być też chilli), cały pomidor ze skórą, duża cebula pokrojona w kawałki podpieczona nad ogniem, duży zgnieciony ząbek czosnku. Warzyw nie obieram ze skóry a porządnie szoruję szczotką i kroję na mniejsze kawałki. Dodaję po pół godziny od rozpoczęcia gotowania mięsa razem z liśćmi i natkami.

3. Zioła: pieprz kolorowy, ziele angielskie i kminek tłukę w moździerzu, dodaję lubczyk, cząber, liść laurowy, sól, a jak jest w domu to suszony grzybek też. Żadna dziwna żółta przyprawa nie będzie potrzebna, wierzcie mi. Ziół daję od serca, bo to samo zdrowie i sam smak. Można też dodać inne, ulubione przyprawy, nie ma żadnych ograniczeń.

Taki bulion, po 2-2,5 godzinie wychodzi ciemny, wręcz brązowy. Ma niesamowity smak, praktycznie zero kółek tłuszczu i naprawdę krzepi.

Ważna uwaga: gotujmy koniecznie pod przykryciem w garnku pełnym tylkodo połowy. Dzięki temu nic nam nie ucieknie razem z parą. “Nic” to w tym przypadku oczywiście witaminy.

Gdy mamy już tą pyszną bazę i zdarzy się tak, że całej nie wypijemy na poczekaniu, można robić zupę. Ale o tym, o rozważaniach nad przewagą lub też nie – krótkiego gotowania nad długim opowiem już następnym razem…

… żeby nikogo na raz swoimi dywagacjami  nie zamęczyć.

 

Jagoda

 

 

 

 

Zostaw komentarz