fbpx

Chrzanię to!

Kiedyś lubiłam sobie zrywać i żuć liście chrzanu. Pamiętam też, jak dziadek, koło komórki tarł na świeżym powietrzy wielkie białe korzenie, a wokół niósł się niesamowity aromat. Chrzan tak spróbowany wykręcał, przekręcał, oczy łzawiły, nos szczypał już po odrobinie spożytego specjału.

 

Udało mi się wczoraj kupić ozór cielęcy i oczywiście pomyślałam od razu o sosie chrzanowym. Tym, którym zajadałam się w dzieciństwie. Zwykle w domu nie mam chrzanu w słoiczku, więc musiałam jeden zakupić. Nigdy więcej!

Chrzan kupiłam jedyny jaki był w sklepie. Skład woła o pomstę do nieba, bo zdawać by się mogło, że chrzan zgodnie ze wskazaniami mikrobiologii konserwuje się sam, a tu taka niespodzianka…

Jednak nie to było najgorsze. Otworzyłam słoiczek, wzięłam solidną porcję na widelec, zjadłam i…

NIC!

Chrzanię to. Naprawdę.

Żądam smaku!

 

 

 

Zostaw komentarz